Czy potrafimy zakochać się w najbardziej zwyczajnych chwilach naszego dnia? Czy potrafimy znaleźć w nich wybawienie i ratunek?
Filiżanka herbaty. Spacer na pocztę, żeby wysłać list. Siedzenie z przyjacielem w cichej kontemplacji.
Być może Królestwo Niebieskie jest tu… właśnie tu na Ziemi.
Najbardziej „oświecone” osoby jakie kiedykolwiek spotkałem są jednocześnie najbardziej ludzkie. Ci najbardziej „duchowo przebudzeni” często niewiele mówią o duchowości. Często nie są nauczycielami wygłaszającymi mądre słowa o szczęśliwości, czystej świadomości czy iluzorycznej naturze oddzielnej jaźni, składającymi obietnice o „końcu cierpienia”, który to właśnie oni, tak na marginesie, potrafią zapewnić. Moim skromnym zdaniem, ci najbardziej „przebudzeni”, to tacy, którzy zakochali się w swojej zwyczajności, którzy pielęgnują prawdziwe, ciepłe współczucie dla siebie, głęboką życzliwość, łagodność wobec własnego umęczonego umysłu i obolałego ciała, i którzy promienieją tą zachwycającą empatią na świat. Jedną stopą w świadomości, owszem, ale druga stopa tańczy i porusza się w tym wspaniale dziwacznym chaosie relatywnego świata. Są wystarczająco odważni, żeby przyjmować zarówno ekstazę jak i udrękę istnienia z pokorą i podziwem, wystarczająco odważni, żeby ostatecznie przyznać, że nie mają o niczym bladego pojęcia.
Nasze człowieczeństwo nie jest „mniejsze niż” nasza boska natura… jest jej wyrazem i jej spełnieniem. Przebudzenie duchowe ma niewiele wspólnego z przekraczaniem myśli i uczuć, odrzucaniem naszej ludzkiej wrażliwości oraz próbami uciekania w jakiś stan czystej świadomości, jakiś wyższy wymiar, jakieś nowe marzenie.
Zamiast tego, kłaniamy się naszemu smutkowi, bierzemy go czule w ramiona! Idąc przez dzisiejszy dzień, trzymamy nasze wątpliwości w objęciach. Dostrzegamy świętość w naszym lęku, radość w pomieszaniu, a wolność w złości. Padamy na twarz przed Życiem w jego wszystkich postaciach, nie tylko przed tymi „ładnymi”.
Ten świat jest zbyt wielki, żebyśmy go poznali, powiedział mój osiemdziesięcioczteroletni ojciec, oglądając English Channel, na kilka tygodni przed śmiercią, nie będąc w stanie przypomnieć sobie przeszłości… jego serce otwierało się szeroko na teraźniejszość.
Nie znam duchowości, która oddziela siebie od błota, brudu i chaosu relatywnego świata. Nie znam duchowości, która nie chce się pokłonić złamanemu sercu, napełnić go uwagą i oddechem… zalać ciemności światłem, zaprzyjaźnić się z promienną nocą.
Jeff Foster – Nigdy nie byłeś popsuty